[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

 

 

 

George Orwell

 

 

 

Folwark ZwierzęcyPrzełożył: Bartłomiej Zborski

             

              Pan Jones, właściciel Folwarku Dworskiego, zamknął na noc drzwi kurników, wypił jednak zbyt wiele i dlatego zapomniał o deskach tarasujących szczeliny pod progiem. Trzymając niepewnie latarnię, której światło zataczało chybotliwe kręgi, przeszedł chwiejnym krokiem przez podwórze, dotarł do tylnego wejścia, strząsnął buty, z beczułki w spiżarni utoczył sobie ostatnią szklankę piwa i poczłapał do łóżka, skąd dochodziło chrapanie pani Jones.

              Gdy tylko w sypialni zgasło światło, w budynkach folwarku ożywiło się, zewsząd słychać było szmery i trzepotanie skrzydeł. Tego dnia rozeszła się wieść, że stary Major, medalowy knur rasy angielska średnia biała, miał poprzedniej nocy dziwny sen, który pragnie wszystkim opowiedzieć. Uradzono, że skoro tylko pan Jones skończy obrządek i nie będzie więcej przeszkadzać, zwierzęta zejdą się w wielkiej stodole. Stary Major (tak go zwano, choć w wystawach brał udział jako “Piękność z Willingdon") cieszył się tak ogromnym poważaniem, że każde zwierzę chętnie było gotowe poświęcić godzinę snu, by usłyszeć to, co miał do powiedzenia.

              W końcu stodoły Major spoczywał na czymś w rodzaju podwyższenia wygodnie wymoszczonego słomą; oświetlała go latarnia wisząca na górnej belce. Miał dwanaście lat i choć ostatnio się roztył, wciąż wyglądał dostojnie, a jego ryj miał mądry i dobrotliwy wyraz, mimo iż nigdy nie wycięto mu kłów. Wkrótce zaczęły przybywać inne zwierzęta, sadowiąc się jak najwygodniej. Najpierw weszły trzy psy, Bluebell, Jessie i Pincher, a za nimi świnie, które położyły się na słomie naprzeciw Majora. Kurczęta usiadły na parapetach, gołębie podfrunęły ku krokwiom, owce i krowy zajęły miejsce za świniami i natychmiast poczęły coś przeżuwać. Dwa konie pociągowe, Boxer i Clover, przyszły razem, stąpając bardzo powoli i stawiając ostrożnie wielkie, włochate kopyta, żeby przypadkiem nie nadepnąć na jakieś małe zwierzątko ukryte w słomie. Clover była okazałą klaczą o matczynym wyglądzie, wchodzącą w średni wiek; po urodzeniu czwartego źrebięcia już nigdy nie odzyskała dawnej figury. Boxer był ogromnym koniskiem, wysokim prawie na dwa metry i tak silnym jak dwa zwykłe konie. Biały pasek na nosie nadawał mu cokolwiek tępawy wygląd; istotnie, nie grzeszył mądrością, jednak cieszył się ogólnym poważaniem ze względu na niezłomny charakter i olbrzymią siłę. Po koniach zjawiła się biała koza Muriel, a za nią osioł Benjamin. Był on najstarszym zwierzęciem w gospodarstwie i miał najcięższy charakter. Rzadko się odzywał, a gdy już coś powiedział, zwykle były to złośliwości: mawiał na, przykład, że choć Bóg dał mu ogon, żeby oganiał się od much, on, Benjamin, wolałby, żeby nie było ani ogona, ani much. Tylko on jeden nigdy się nie śmiał. Gdy inne zwierzęta pytały go o powód, odpowiadał, że nie widzi nic godnego śmiechu. Tym niemniej, choć nie przyznawał się do tego otwarcie, był bardzo przywiązany do Boxera; niedziele spędzali najczęściej na niewielkim spłachetku łąki za sadem, stojąc obok siebie i skubiąc w milczeniu trawę.

              Zaledwie oba konie zdążyły się położyć, do stodoły przydreptało stadko kacząt, które straciły matkę; cienko piszczały i szukały bezpiecznego miejsca, gdzie nikt na nie nie nadepnie. Clover otoczyła kaczęta przednią nogą, niby wałem ochronnym; ułożyły się ufnie za tą osłoną i natychmiast zasnęły. W ostatniej chwili wbiegła tanecznym krokiem, wdzięcząc się i pogryzając kostkę cukru, Mollie, ładna, głupawa biała klacz, którą pan Jones zaprzęgał do bryczki. Zajęła miejsce prawie na początku i zaczęła potrząsać białą grzywą, w nadziei, że otoczenie zauważy wplecione w nią czerwone wstążki. Na samym końcu wszedł kot, który najpierw jak zwykle rozejrzał się w poszukiwaniu najcieplejszego miejsca, a potem wcisnął się między Boxera i Clover; w ciągu całego przemówienia Majora mruczał z zadowoleniem, wcale nie słuchając mówcy.

              Wszystkie zwierzęta były teraz na miejscu wyjąwszy Mojżesza, oswojonego kruka, który spał na żerdzi opodal tylnego wejścia. Gdy tylko Major spostrzegł, że zebrani usiedli wygodnie i czekają na jego słowa, chrząknął i zaczął:

              - Towarzysze, jak słyszeliście, miałem ubiegłej nocy dziwny sen. Jednak opowiem go później, chciałbym bowiem zacząć od czegoś innego. Nie przypuszczam, towarzysze, że pozostanę z wami długo, lecz zanim umrę, sądzę, że mam obowiązek przekazać wam mądrość, którą posiadłem. Żyję już długo, miałem wiele czasu na rozmyślania leżąc samotnie w swojej przegrodzie i wydaje mi się, że pojąłem istotę życia na tej ziemi nie gorzej niż każde inne zwierzę. Właśnie o tym pragnę wam powiedzieć.

              Towarzysze, zastanówcie się, czym jest to nasze życie? Nie obawiajmy się tych słów: żyjemy nędznie, harujemy i wcześnie umieramy. Rodzimy się, otrzymujemy tylko tyle pożywienia, by nie zdechnąć z głodu, a tych z nas, którzy się do tego nadają, zmusza się do pracy aż do upadłego; gdy przestajemy być użyteczni, natychmiast zabija się nas z nieopisanym okrucieństwem. W Anglii nie ma ani jednego zwierzęcia, które, ukończywszy rok życia, poznało smak szczęścia bądź odpoczynku. Nie ma w Anglii wolnych zwierząt. Życie każdego zwierzęcia to pasmo upokorzeń i zniewolenia - oto cała prawda.

              Czy jednak całe to upodlenie wynika z porządku natury? Może nasz kraj jest zbyt ubogi, by jego mieszkańcy mogli żyć godziwie? Nie, towarzysze, po tysiąckroć nie! Angielska ziemia jest żyzna, klimat łagodny; Anglia może wyżywić znacznie większą liczbę zwierząt niż ta, która ją zamieszkuje. Weźmy choćby nasz folwark: mógłby utrzymać tuzin koni, dwadzieścia krów, setki owiec, zapewniając im komfortowe i godne życie, co obecnie jest prawie nie do pomyślenia. Dlaczego więc, pytam, godzimy się na taką nędzę? Dlatego, że niemal wszystkie owoce naszej pracy kradną nam ludzie. I właśnie tu, towarzysze, tkwi sedno sprawy. Można je określić jednym tylko słowem: człowiek! Człowiek jest naszym jedynym prawdziwym wrogiem. Usuńmy człowieka, a na zawsze znikną główne przyczyny głodu i pracy ponad siły.

              Człowiek jest jedynym stworzeniem, które konsumuje, niczego nie produkując. Nie daje mleka, nie znosi jaj, jest zbyt słaby, by ciągnąć pług, nie potrafi dogonić królika. A jednak jest panem wszystkich zwierząt. Zapędza je do pracy, przydziela minimalne ilości pożywienia, by nie głodowały, a resztę zatrzymuje dla siebie. Naszą pracą uprawiamy ziemię, nasze odchody użyźniają ją, a jednak żadne z nas nie posiada niczego oprócz skóry na grzbiecie. Krowy, które tu widzę, powiedzcie, ile tysięcy baniek mleka oddałyście w tym roku? A co się stało z mlekiem, którym powinnyście karmić wasze dorodne cielęta? Zniknęło aż do ostatniej kropelki w gardzielach naszych wrogów. A wy, kury, ile jaj zniosłyście w tym roku i ile z tych jaj pozwolono wam wysiedzieć? Resztę zabrano na sprzedaż, po to, by Jones i jego ludzie mogli napchać sobie kabzy. A ty, Clover, gdzie są twoje cztery źrebięta, które powinny być podporą i osłodą twojej starości? Każde sprzedano, gdy miało rok - nigdy już ich nie ujrzysz. W zamian za cztery porody i ciężką pracę w polu, co otrzymałaś poza paszą i boksem w stajni?

              Nie pozwalają nam nawet dokonać tego nędznego żywota w naturalny sposób. Osobiście nie mogę narzekać, miałem bowiem szczęście. Liczę sobie dwanaście lat i jestem ojcem ponad czterystu potomków. Takie jest zwykłe życie świni. Nie ma jednak zwierzęcia, któremu udałoby się uniknąć rzeźnickiego noża. Wy, młode tuczniki, siedzące naprzeciw - każdy z was będzie krzyczeć rozdzierająco, gdy za rok zawiśniecie na hakach w rzeźni. Wszystkich nas oczekuje podobny koszmar - krowy, świnie, kury, owce; wszystkich. Nawet konie i psy nie zaznają lepszego losu. Skoro tylko twoje mocarne mięśnie osłabną, Boxerze, Jones sprzeda cię do końskiej jatki, gdzie rzeźnik poderżnie ci gardło, a mięso sprzeda hodowcom psów gończych. Jeśli chodzi o psy, gdy tylko zestarzeją się i stracą zęby, Jones przywiąże każdemu kamień do szyi i utopi w najbliższym stawie.

              Czy nie jest zatem, towarzysze, jasne jak słońce, że całe zło naszego życia ma przyczynę w tyranii człowieka? Pozbądźmy się go tylko, a owoce naszej pracy nam przypadną. Niemal natychmiast staniemy się bogaci i wolni. Co zatem mamy czynić? Musimy dniem i nocą zapamiętale pracować nad obaleniem rodzaju ludzkiego! Oto moja rada, towarzysze: powstanie! Nie wiem, kiedy wybuchnie, może za tydzień, może za sto lat, jestem jednak pewien - tak jak tego, że widzę tę oto słomę pod racicami - że prędzej czy później sprawiedliwości stanie się zadość. Myślcie tylko o tym, towarzysze, aż po kres życia. Lecz nade wszystko przekażcie moje słowa waszym dzieciom, by kolejne pokolenia prowadziły dalej walkę - do zwycięstwa.

              Pamiętajcie też, towarzysze, że ani na chwilę nie możecie okazać słabości. Nie dajcie się zwieść żadnym argumentom. Nigdy nie dawajcie wiary, gdy będą was przekonywać, że ludzie i zwierzęta mają wspólne interesy, że dobrobyt jednej strony oznacza dobrobyt drugiej. To wszystko łgarstwa. Człowiek nie dba o interesy żadnego stworzenia - wyłącznie o własne. Niech wśród nas, zwierząt, zapanuje pełna jedność, pełne braterstwo, solidarność w walce. Wszyscy ludzie to nasi wrogowie. Wszystkie zwierzęta są braćmi.

              Po ostatnich słowach podniosła się przeraźliwa wrzawa. Gdy Major przemawiał, z nor wylazły cztery wielkie szczury i stanąwszy słupka, pilnie słuchały. Nagle dostrzegły je psy i szczury ocaliły życie jedynie dzięki szybkiemu czmychnięciu do kryjówek. Major uniósł racicę, by uciszyć zwierzęta.

              - Towarzysze - kontynuował - jest coś, co trzeba koniecznie ustalić. Chodzi o dzikie zwierzęta, takie jak szczury i króliki - są przyjaciółmi czy też wrogami? Głosujmy. Zwracam się do wszystkich - czy mamy uważać szczury za towarzyszy?

              Głosowanie przebiegło szybko i przygniatającą większością uznano szczury za towarzyszy. Sprzeciwiły się tylko cztery zwierzęta: trzy psy i kot, który, jak się później okazało, głosował “za" i “przeciw". Major ciągnął:

              - Mam jeszcze coś do powiedzenia. Powtarzam raz jeszcze: pamiętajcie zawsze o obowiązku wrogości do człowieka i jego wszelkich poczynań. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem. Wszystko, co chodzi na czterech łapach albo ma skrzydła, jest przyjacielem. Pamiętajcie również, że walcząc z człowiekiem nie wolno wam się doń upodobnić. Nawet wtedy, kiedy go zwyciężycie, nie przejmujcie jego wad. Żadnemu zwierzęciu nie wolno mieszkać w domu, sypiać w łóżku, nosić ubrania, pić alkoholu, nawet dotknąć pieniędzy czy też zajmować się handlem. Wszystkie obyczaje człowieka są ohydne. Przede wszystkim jednak żadnemu zwierzęciu nie wolno tyranizować własnego gatunku. Słabi czy silni, mądrzy czy nierozgarnięci, wszyscy jesteśmy braćmi. Żadnemu zwierzęciu nie wolno zabić innego. Wszystkie zwierzęta są równe.

              Teraz, towarzysze, opowiem wam mój sen. Nie potrafię opisać go szczegółowo. Śniła mi się ziemia bez człowieka. Lecz przypomniało mi to o czymś, o czym dawno zapomniałem. Przed wielu laty, gdy byłem małym prosięciem, moja matka wraz z innymi maciorami nuciła starą piosenkę, z której znała tylko melodię i pierwsze dwa słowa. Umiałem ją zaśpiewać w dzieciństwie, jednak od dawna jej nie pamiętam. Ostatniej nocy wszakże powróciła do mnie we śnie. Co więcej, przypomniałem sobie również słowa, które - jestem tego pewien - zwierzęta śpiewały dawno, dawno temu i które poszły w zapomnienie przed pokoleniami. Tę piosenkę zaśpiewam wam teraz, towarzysze. Jestem stary i głos mi już ochrypł, gdy jednak podam wam melodię, sami zaśpiewacie znacznie lepiej. Pieśń nazywa się “Zwierzęta Anglii".

              Stary Major odchrząknął i zaczął śpiewać. Choć miał rzeczywiście ochrypły głos, radził sobie nieźle; melodia była porywająca, coś pomiędzy “Clementine" i “La Cucaracha".

              Słowa szły tak:

             

              Zwierzęta Anglii, zwierzęta Irlandii,

              Zwierzęta wszystkich czterech świata stron,

              Słuchajcie pilnie radosnej nowiny,

              Wkrótce wolności będzie bił wam dzwon.

             

              Prędzej czy później jasny dzień nadejdzie,

              Obalim ludzi - jawą wrócą sny,

              Po odzyskanych, żyznych ziemiach Anglii

              Stąpać będziemy w chwale jeno my.

             

              Spadną okrutne kółka z naszych nozdrzy,

              Zrzucimy uzdy - wolny przyjdzie świat,

              Zniszczymy wszystkie wędzidła, ostrogi,

              Nie będzie groźnie strzelać wraży bat.

             

              Bogactw się zrodzi, ile kto zamarzy,

              Pszenicy, żyta, owsa, siana w bród,

              Groch, koniczyna, buraki pastewne,

              Wreszcie do syta zje zwierzęcy ród.

             

              Jaśniej zabłysną pola starej Anglii,

              Od roziskrzonych zadrży woda lśnień,

              Słodki powieje swobody nam wietrzyk

              W pierwszy wolności wytęskniony dzień.

              By go przybliżyć, trzeba moc pracować,

              Choć wcześniej zwierząt wiele życie da.

              Krowy i konie, indyki i gęsi,

              Niech dla przyszłości wspólny mozół trwa.

             

              Zwierzęta Anglii, zwierzęta Irlandii,

              Zwierzęta wszystkich czterech świata stron,

              Słuchajcie pilnie radosnej nowiny,

              Wkrótce wolności będzie bił wam dzwon.

             

              Śpiew wprowadził zwierzęta w nieopisane podniecenie. Major jeszcze nie skończył, a słuchacze już śpiewali sami. Nawet najgłupsze zwierzęta od razu podchwyciły melodię i nieco słów, a jeśli chodzi o najpojętniejsze, na przykład świnie i psy, te po kilku zaledwie minutach umiały wszystko na pamięć. Potem, po dwóch, trzech próbach, potężnym unisono buchnęły głosy wszystkich uczestników wiecu. Krowy ryczały, psy wyły, owce beczały, konie rżały, kaczki kwakały. Towarzystwo było tak zachwycone pieśnią, że wykonało ją pięć razy z rzędu i mogłoby tak śpiewać aż do rana, gdyby mu nie przerwano.

              Hałasy w stodole obudziły, niestety, pana Jonesa, który wyskoczył z łóżka w przekonaniu, że do kurnika zakradł się lis. Chwycił dwururkę, zawsze stojącą w kącie pokoju, i wygarnął “szóstką" w ciemność. Śruciny utkwiły w ścianie stodoły i zebranie rozproszyło się w mgnieniu oka. Każdy popędził w kierunku legowiska. Ptaki usiadły na grzędach, większe zwierzęta ułożyły się na słomie i wkrótce cały folwark pogrążył się we śnie.

 

             

              Trzeciej nocy, licząc od pamiętnego zebrania, stary Major zgasł spokojnie podczas snu. Pochowano go u wejścia do sadu.

              Działo się to w początkach marca. Przez trzy następne miesiące na folwarku aż kipiało od konspiracyjnej roboty. Po wysłuchaniu mowy Majora co bardziej inteligentne zwierzęta całkowicie zmieniły poglądy. Wprawdzie nie wiedziały, kiedy wybuchnie zapowiedziane przezeń powstanie, nie miały powodów do przypuszczeń, iż dożyją tego dnia, jednak doskonale rozumiały, że ich obowiązkiem jest przygotowywanie rebelii. Wyjaśnianiem wszystkich spraw i organizowaniem zwierząt zajęły się oczywiście świnie, uważane ogólnie za najmądrzejsze. Ich stadku przewodziły dwa młode samce, Snowball i Napoleon, które pan Jones hodował na sprzedaż. Napoleon był sporym knurem rasy Berkshire o dzikim wyglądzie, jedynym z tej rasy na folwarku; choć nie był zeń najlepszy mówca, znano go z tego, że potrafi postawić na swoim. Snowball był bardziej ruchliwy, bardziej wygadany i bystrzejszy, jednak nie posiadał, jak sądzono, tak silnego charakteru jak tamten. Pozostałe samce były tucznikami. Najlepiej znano wśród nich Squealera, niewielkie grube prosię o nadzwyczaj okrągłych policzkach, mrugających oczkach, szybkich ruchach i przenikliwym głosie. Miał dar wymowy, a gdy roztrząsał jakiś trudny problem, zwykle kiwał się z boku na bok, merdając ogonkiem, co jakoś bardzo przekonywało doń słuchaczy. Mawiano o Squealerze, że czarne potrafi uczynić białym.

              Ci trzej opracowali nauki starego Majora w spójny system myślowy, który nazwali Animalizmem. Kilkakrotnie w ciągu tygodnia, gdy pan Jones już chrapał, organizowali w stodole potajemne spotkania, na których tłumaczyli zasady nowej ideologii. Początkowo spotykali się z głupotą i apatią. Niektóre zwierzęta mówiły o obowiązku lojalności wobec Jonesa, którego nazywały “naszym paniskiem", lub przypominały o zasadniczych, ich zdaniem, sprawach, na przykład: “Pan Jones karmi nas. Gdyby go zabrakło, umarłybyśmy z głodu". Inne zadawały pytania w rodzaju: “Dlaczego mamy troszczyć się o to, co nastąpi po naszej śmierci?" albo: “Jeśli powstanie ma i tak wybuchnąć, co za różnica, czy będziemy je przygotowywać, czy też nic nie robić?", a świniom przychodziło z trudnością wbijanie im do łbów, że to, co mówią, jest sprzeczne z duchem Animalizmu. Najgłupsze pytania zadawała biała klacz Mollie. Jej pierwsze pytanie skierowane do Snowballa brzmiało: “Czy po powstaniu będzie cukier?"

              - Nie - rzucił twardo Snowball. - Na folwarku nie mamy możliwości jego wytwarzania. Ponadto obejdziecie się bez cukru. Dostaniecie tyle owsa i siana, ile dusza zapragnie.

              - A czy będę mogła wplatać sobie wstążki w grzywę? - Mollie nie dawała za wygraną.

              - Towarzyszko - wyjaśniał cierpliwie Snowball - wstążki, do których jesteście tak przyzwyczajona, symbolizują niewolę. Czy nie dociera do was, że wolność jest więcej warta aniżeli wstążki?

              Mollie zgodziła się, jednak nie wyglądała na zbyt przekonaną.

              Świnie miały jeszcze twardszy orzech do zgryzienia: musiały demaskować kłamstwa głoszone przez Mojżesza, oswojonego kruka. Mojżesz, ulubieniec pana Jonesa, był szpiclem i plotkarzem, ale posiadał również dar wymowy. Utrzymywał, że istnieje tajemnicza kraina zwana Rajem Zwierząt, dokąd idą po śmierci wszystkie stworzenia. Owa kraina znajdowała się gdzieś na niebie, nieco ponad chmurami, opowiadał Mojżesz. W Raju Zwierząt tydzień składał się wyłącznie z niedziel, koniczyna dojrzewała przez okrągły rok, a na krzewach rosły kostki cukru i pieczone makuchy lniane. Zwierzęta nienawidziły Mojżesza za te bajędy i za to, że nie musiał pracować, niektóre jednak wierzyły w Raj Zwierząt i świnie musiały dobrze się napocić, by je przekonać, że nic takiego nie istnieje.

              Najbardziej oddanymi słuchaczami świń była para koni pociągowych: Boxer i Clover. Dwójce tej bardzo trudno przychodziło samodzielne myślenie, jednak uznawszy raz na zawsze autorytet świń chłonęły wszystko, co usłyszały, tłumacząc potem różne kwestie innym zwierzętom prosto i przystępnie. Oba konie nie opuściły ani jednego potajemnego spotkania w stodole i przewodziły w śpiewaniu hymnu “Zwierzęta Anglii", który kończył każde zebranie.

              Jak się wkrótce okazało, powstanie wybuchło znacznie szybciej i łatwiej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Dawnymi laty pan Jones, mimo swej surowości, był dobrym gospodarzem, ostatnio jednak przyszły nań kiepskie czasy. Po stratach finansowych w wyniku przegranego procesu wpadł w przygnębienie i przebrał miarę w piciu. Całymi dniami przesiadywał w fotelu w kuchni, czytając gazety, pociągając z flaszki i karmiąc niekiedy Mojżesza ułomkami chleba umoczonego w piwie. Jego parobcy stali się gnuśni i nieuczciwi, pola zarastały chwastami, dachy przeciekały, płoty świeciły szczerbami, a zwierzęta chodziły głodne.

              Nadszedł czerwiec i pora sianokosów. W wigilię świętego Jana, która wypadła w sobotę, pan Jones wybrał się do pobliskiego Willingdon, gdzie tak się upił “Pod Czerwonym Lwem", że wrócił dopiero w niedzielę po południu. Tego dnia wczesnym rankiem parobcy wydoili krowy, a potem wyszli polować na dzikie króliki, nie troszcząc się o zadanie karmy zwierzętom. Po powrocie pan Jones natychmiast wyciągnął się na sofie w saloniku nakrywszy twarz egzemplarzem “News of the World"; nadszedł wieczór, a zwierząt nikt nie nakarmił. W końcu nie wytrzymały. Jedna z krów wyłamała rogami wrota spichlerza i wokół pojemników z paszą wnet się zaroiło. Wtedy nieoczekiwanie obudził się pan Jones. Po chwili wraz z czterema parobkami był już w spichlerzu i wszyscy walili na oślep batami. Tego było za wiele głodnym zwierzętom. Choć nikt nie dał żadnego hasła do ataku, wszystkie zgodnie rzuciły się na oprawców. Na Jonesa i jego ludzi spadła nagle lawina ciosów rogami i uderzeń kopyt. Przestali panować nad sytuacją. Nigdy przedtem nie widzieli tak rozwścieczonych zwierząt i nagły bunt stworzeń, które bili i dręczyli przy lada okazji, napełnił ich panicznym strachem. Tylko przez chwilę usiłowali się bronić, a potem wszyscy wzięli nogi za pas. W krótkim czasie cała piątka gnała na złamanie karku boczną drogą prowadzącą ku szosie, a triumfujące zwierzęta ścigały mężczyzn zawzięcie.

              Pani Jones wyjrzała przez okno sypialni i ujrzawszy, co się święci, szybko wrzuciła do podróżnej torby nieco rzeczy i czmychnęła bocznym wejściem. Mojżesz sfrunął ze swojej żerdki i trzepocząc skrzydłami poleciał za nią z głośnym krakaniem. Tymczasem zwierzęta wypędziły pana Jonesa i jego parobków, zatrzaskując za nimi pięciobelkową bramę. I w ten sposób, nim zwierzęta w pełni uświadomiły sobie, co się stało, powstanie zakończyło się zwycięstwem: Jones został wygnany, a Folwark Dworski należał do nich.

              Początkowo nie mogły uwierzyć własnemu szczęściu. W pierwszym odruchu pobiegły gromadą dookoła folwarku, jakby chcąc sprawdzić, czy gdzieś nie ukrywa się jeszcze jakiś człowiek; potem rzuciły się hurmem do budynków gospodarskich, by usunąć ostatni ślad rządów znienawidzonego Jonesa. Wyważono drzwi siodłami znajdującej się przy końcu stajni; wszystkie wędzidła, kółka do nozdrzy, psie łańcuchy, straszliwe noże, którymi pan Jones kastrował wieprze i barany, zostały wyrzucone do studni. Lejce, postronki, końskie okulary i upokarzające worki na obrok wepchnięto w tlące się na podwórku śmieciowisko. Nie zapomniano także o batach. Wszystkie zwierzęta skakały z radości widząc, jak ogarnia je płomień. Snowball dorzucił do ognia również wstążki, które w dni targowe wplatano koniom w grzywy i ogony.

              - Wstążki - oznajmił - należy uważać za ubranie, które, jak wiadomo, nosi jedynie człowiek. Wszystkie zwierzęta powinny być nagie.

              Gdy usłyszał to Boxer, przyniósł słomkowy kapelusz, który zakładano mu latem dla ochrony przed muchami, i rzucił go na stos.

              Wkrótce zwierzęta zniszczyły wszystko, co przypominało im pana Jonesa. Następnie Napoleon zawiódł je z powrotem do spichlerza, gdzie każde otrzymało podwójną rację ziarna, a psy po dwa biszkopty. Potem siedmiokrotnie odśpiewano hymn “Zwierzęta Anglii" - wszystkie zwrotki - a w końcu zwierzęta ułożyły się do snu: spały tak słodko jak nigdy dotąd.

              Przebudziły się jak zwykle o świcie i nagle, przypomniawszy sobie o wczorajszym chwalebnym czynie, całą gromadą pobiegły na pastwisko. Opodal wznosił się niewielki pagórek, skąd rozciągał się widok na cały folwark. Zwierzęta wbiegły na szczyt i w jasnym świetle poranka rozejrzały się dookoła. Tak - wszystko należało do nich - wszystko, na co patrzyły, było ich własnością.

              Gdy sobie to uświadomiły, zaczęły w przypływie szalonej radości fikać koziołki i skakać wysoko, wysoko w górę. Tarzały się w rosie, wyrywały pyskami całe kępy słodkiej, dojrzałej trawy, grzebały w czarnej ziemi i chłonęły cudowną woń miękkich grud. Następnie postanowiły obejść cały folwark i z niemym podziwem oglądały pola uprawne, łąkę, sad, sadzawkę i lasek. Wy...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • xiaodongxi.keep.pl