[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Siergiej Łukjanienko - Linia Marzeń
Siergiej Łukjanienko
Linia Marzeń
Przekład Ewa Skórska
Siergiejowi Bieriezinowi i Andriejowi Czertkowowi, którym znana jest przestrzeń Marzeń
CZĘŚĆ PIERWSZA
BÓG OJCIEC I SYN BOŻY
Rozdział 1
Najbardziej na świecie Key nie lubił dzieci. Czy była to wina jego własnego dzieciństwa w przytułku „Nowe
Pokolenie” na Altosie? Nie wiadomo. W każdym razie nigdy nie przebywał na żadnej planecie dłużej niż dziewięć
miesięcy. Na planetach, które podczas Wielkiej Wojny przeszły odpowiednią obróbkę i uczciwie służyły jako dostawcy
mięsa armatniego dla Imperium, zatrzymywał się najwyżej na cztery i pół miesiąca.
Key nie lubił także, gdy go zabijano. Czasem było to wyjątkowo bolesne, zawsze wiązało się z poważnymi stratami
finansowymi.
A Key bardzo potrzebował pieniędzy. Lubił swój hiperkuter, wymagający kosztownych zabiegów, i kobiety, które
nie wymagały aż tyle, oraz wina Imperium i Asocjacji Mrszanu, zapach pracy starych klakońskich mistrzów i te
przyjemności innych ras, które człowiek jest w stanie zrozumieć i wytrzymać.
No i właśnie z tymi dwiema rzeczami, których nie cierpiał, miał do czynienia jednocześnie. Przy czym najbardziej
nieprzyjemne nie było to, że chciał go zabić dzieciak z powodu innego dzieciaka, i w dodatku w wyjątkowo niemiły
sposób, lecz to, że Key nie zdążył przedłużyć aTanu.
A to, jak wiadomo, fatalna sprawa.
Hotelowy pokój był wystarczająco nędzny, by nie budzić specjalnego zainteresowania rabusiów, choć na tyle
porządny, żeby ustrzec Keya od drobnych złodziejaszków. Chłopiec stojący przy jego łóżku wyglądał na tę drugą kategorię.
Skąd wziął elektroniczny klucz, żeby otworzyć drzwi, i nulifikator do zablokowania sygnalizacji, pozostawało zagadką.
Prostsza sprawa była z bronią w jego ręku algopistolet, tania broń sadystów i nieudaczników.
- Zróbmy tak - zaproponował Key, rozpaczliwie próbując zachować spokój. - Przesuniesz lufę i porozmawiamy jak
poważni ludzie.
Chłopiec uśmiechnął się:
- Nie jestem poważny.
Rzeczywiście, wyglądał raczej niepoważnie - smagły czarnowłosy smarkacz, jakieś dwanaście lat. Wesolutka
koszula z różowego jedwabiu i krótkie białe spodenki sprawiały sympatyczne wrażenie.
- Posłuchaj - spróbował znowu Key - nawet jeśli wyrzucisz pistolet przez okno...
Chłopiec zmarszczył brwi.
- Nawet jeśli go wyrzucisz, nie będę ci mógł nic zrobić. Przecież widzisz...
- Widzę.
- Nie mogę rozmawiać pod lufą.
- Po co miałbym z tobą rozmawiać? - zdumiał się chłopiec.
Key błogosławił w myślach wszystkich znanych mu bogów. Im dłużej uda mu się zagadywać, tym mniej szans, że
chłopak naciśnie spust. Nie jest łatwo zabić człowieka, z którym się rozmawiało... Key nie był jednak pewien, czy ta reguła
ma zastosowanie do dzieci.
- Chcesz mnie zabić? - spytał.
Mały skinął głową.
- Śmierć od algopistoletu to najstraszniejsze, co można sobie wyobrazić. Zaufaj mi.
- Zabijałeś? - zainteresował się chłopak.
- Byłem zabijany.
Szczeniak zmrużył oczy. Zrozumiał.
- No więc - ciągnął Key najbardziej przyjaznym tonem, na jaki było go stać - jeśli już chcesz użyć tego draństwa,
powiedz mi chociaż, za co. To chyba niezbyt wielka łaska, prawda?
- Prawda - zgodził się niespodziewanie łatwo chłopak. Podszedł do stojącego pod ścianą fotela, usiadł, założył nogę
na nogę, położył pistolet na poręczy. Niestety, niczym nie ryzykował. Key leżał na łóżku nagi i kompletnie bezbronny. Jego
ciało pokrywała cienka srebrna pajęczyna, dokładnie łącząc je z pościelą, łóżkiem i ścianą, pod którą łóżko stało. Butelkę
sprayu chłopak postawił na stole, jakby miał zamiar w razie potrzeby powtórzyć procedurę.
- W takim razie, czym ci podpadłem, przyjacielu? - Ostrożnie, żeby cieniutkie nici nie wbijały się w ciało, Key
odwrócił głowę.
Jesteś złodziejem? Gratuluję, masz szczęście, i talent. Powiem ci, gdzie jest gotówka, podam kod karty. Jutro muszę
stąd odlecieć, więc nie będę cię szukał, a wasza policja...
Przez twarz chłopca przebiegło drżenie.
- Nie jestem złodziejem. I nigdzie nie polecisz. Wystarczy, że przyleciałeś.
Na chwilę w pokoju zapadła cisza. Potem Key bardzo cicho zapytał:
- Kim była dla ciebie ta dziewczyna?
- Siostrą.
- Przyjacielu, to był nieszczęśliwy wypadek. Lądowałem na polu kosmodromu. W granicach strefy...
- Ale nie w kręgu! Specjalnie ją zabiłeś! Wiem, co powiedziałeś dyspozytorowi: „Nienawidzę dzieci, te szczeniaki
wiecznie włażą pod dysze”. Ludzie widzieli twoje lądowanie... Specjalnie skręciłeś nad polem, że uderzyć Lenkę
promieniem!
1 / 116
Siergiej Łukjanienko - Linia Marzeń
Głos chłopca zaczął się rwać. Key z przerażeniem zrozumiał, że chłopak nakręca się, żeby nacisnąć spust.
- Uwierz mi, nie widziałem jej. Po co miałbym to robić?
- Tak, jeszcze mi powiedz, że tańczyłeś w powietrzu - podsunął z pogardą chłopak.
Key zakrztusił się przygotowanym zdaniem. Jak wytłumaczyć temu chłopcu, że naprawdę tańczył? Jak przekazać
ciężar hełmu pilota i głębię wokół, i nieważkość statku, którym się stałeś? Huk grawitacyjnych silników, strumienie
powietrznych prądów, upojenie lotem... Tak, tańczył. I nie patrzył na betonową równinę, gdzie dziewczyna, która dała w
łapę ochroniarzom kosmodromu, czekała na jego statek, żeby móc pierwsza dobiec do luku i zaproponować najtańsze na
planecie narkotyki albo siebie w charakterze przewodnika...
Tańczył, a promień grawitacyjny przesunął się po dziewczynie, wcierając ją w beton, przemieniając w krwawy pył,
w tę szarobrunatną plamę, którą zobaczył po wyjściu ze statku.
- Chłopcze, szwankował mi pilot automatyczny. Przejąłem stery, ale statkiem zakołysało...
- Kłamiesz- przerwał mu bezlitośnie chłopiec. - Wszyscy w porcie wiedzą, że twój kuter jest w najlepszym
porządku.
Wziął pistolet, zdjął bezpiecznik i podszedł do łóżka.
- Słuchaj - Key poczuł lekki chłód. - Mam aTan. Nie możesz mnie zupełnie zabić, rozumiesz? Wrócę i zrobię ci coś
takiego, że algopistolet wyda ci się wybawieniem.
- Kłamiesz - powtórzył chłopak i zawahał się ledwo zauważalnie.
- Nie. Widzisz moje ciało? Nie ma na nim blizn. Ludzie mojej profesji tak nie wyglądają, ożywiono mnie miesiąc
temu, rozumiesz?
Chłopiec nie zainteresował się zawodem Keya, na co on po cichu liczył. Za to ocenił zakończenie zdania.
- Jeśli ożyłeś miesiąc temu, to mogłeś jeszcze nie odnowić aTanu - powiedział z namysłem. - Zaryzykuję.
Key wrzasnął. Oczywiście, w myślach. Przyleciał na Cailis właśnie po to, żeby odnowić swoją nieśmiertelność -
tutaj było to znacznie tańsze niż na Sigmie-T, gdzie go zabili. Lubił pieniądze, uprzyjemniały życie. A teraz miał stracić
życie.
- Przynajmniej - poprosił cicho - przynajmniej nie zabijaj mnie z algopistoletu. Twoja siostra umarła błyskawicznie,
nie męcz mnie.
To dla ciebie szansa, że moja zemsta będzie mniej okrutna.
Chłopiec obejrzał uważnie Keya, szczególnie starannie oceniając muskuły karku. I pokręcił głową:
- Nie jestem pewien, czy zdołam cię udusić.
- W szafie, na drugiej półce od dołu, znajdziesz blaster. Desantowy trzmiel, model oficerski. Są tam też pieniądze i
karta kredytowa. Kod dostępu: trzydzieści dwa, pomarańczowy, WILK. To twoja nagroda. Zabij mnie z blastera.
- Dobra - zgodził się chłopak, wsunął pistolet za pas i podszedł do szafy. Key zerknął na swoją lewą rękę. Pajęczyna
oplatała ją niedokładnie - zaczepiła tylko koniuszki palców. Od ramienia do środkowych kłykci dłoni ręka była wolna.
- Jak wszedłeś do hotelu? - zainteresował się Key i zagryzł wargi, żeby poczuć smak krwi i bólu. Szarpnął ręką.
Polimerowa nić obojętnie przyjęła ofiarę, odcinając czubki czterech palców. Kciuk był nieuszkodzony. Dobrze.
- Przedstawiłem się jako chłopak na telefon - objaśnił smarkacz, ostrożnie otwierając szafę. - Zapłaciłem
portierowi... Ej, tu są tylko pieniądze, pistoletu nie ma...
- Jest tutaj - oznajmił Key wyjmując rękę spod poduszki. Krew z obciętych palców biła cienkimi pulsującymi
strumyczkami. Lufa trzmiela chwiała się. Chłopiec odwrócił się, podnosząc swój pistolet i zamarł na widok fontann krwi.
- Nienawidzę dzieci - wyszeptał Key. - Szkoda, że nie zauważyłem twojej siostry, zabiłbym ją świadomie...
Kikut palca wskazującego nacisnął spust. Gdy obnażone tkanki dotknęły metalu, Key krzyknął. Ręka drgnęła, cienki
czerwony promień strzelił nad ramieniem chłopca. Teraz on krzyknął - albo ze strachu, albo Key rzeczywiście go zranił.
Dzieciak przysiadł i algopistolet rozkwitł migoczącym stożkiem zielonego światła, zdumiewająco efektownie łącząc się z
rozpryskami krwi.
Z broni dla nieudaczników trudno chybić.
Gdy pole neuronowego aktywatora, czyli, jak mówiono potocznie, algopistoletu, dotknęło Keya, zapomniał o bólu
ręki. Cały stał się bólem. Już kiedyś tego doświadczył, ale wtedy miał opłacony aTan. I przynajmniej mógł wierzyć, że się
zemści...
Key nie krzyczał długo - chwilę później nie miał już sił na krzyk.
Po dwóch minutach potwornego bólu umarł, oślepiony, ogłuszony, pocięty na kawałki „pajęczyną”, w której się
szamotał.
Rozdział 2
Śmierć to ostatnia przygoda.
Zmartwychwstanie nie niesie ze sobą niczego nowego - przypomina zwykłe przebudzenie.
Najpierw Key zobaczył światło. Potem pokrytą naroślami szarą sylwetkę, wznoszącą się nad nim, nieruchomą,
jakby nieżywą. Zresztą spór, czy wobec Silikoidów można użyć słowa „żywy”, trwa od wielu setek lat.
- Imię - rozległo się od strony szarej postaci.
Ignorując pytanie, Key podniósł się. Silikoid mu nie przeszkadzał. Ta rasa poruszała się niechętnie, z wyjątkiem
tych wypadków, kiedy zabijała. Pomieszczenie, w którym Key się znajdował, było mu doskonale znane: reanimacyjny
moduł kompanii aTan, tylko ekran na ścianie, na którym powinna wyświetlać się nazwa planety, był wyłączony. Key leżał
na białym dysku dwumetrowej średnicy, molekularnym replikatorze, który przed chwilą odtworzył jego ciało, nowe,
zdrowiutkie, takie samo, jakim je zapisano siedemnaście lat temu. Nad głową zwisała ażurowa siatka emitera aTanu, która
wprowadziła do jego mózgu dziecięce krzywdy, głupstwa wieku młodzieńczego i przestępstwa dorosłego życia, czyli
wszystko, co składało się na jego osobowość. Ożywili go. Ożywili, chociaż aTan nie był opłacony?
- Imię? - powtórzył cierpliwie Silikoid.
- Key Altos.
- Poddaństwo?
- Imperium Ludzi.
- Kod?
2 / 116
Siergiej Łukjanienko - Linia Marzeń
Głos Silikoida wydobywał się z całej powierzchni jego ciała.
Nie mając strun głosowych, mówił, napinając kamienną muskulaturę, co powodowało wibrację. Dawało to wrażenie
dziwnej polifonii, trójwymiarowości brzemienia - jakby to chór szeptał słowa.
- Trzy, dziewięć, sześć, trzy, jeden, cztery, dziewięć, jeden wyrecytował półgłosem Key. Nie należało się afiszować
ze swoim osobistym kodem, nawet w kompanii aTan, która doskonale go znała. Zerknął na swoją lewą rękę - palce były na
swoim miejscu. No tak, przecież nie łatali go chirurdzy, tylko został ożywiony. Dlaczego?
- Kod prawidłowy - Silikoid odwrócił się, co było gestem uprzejmości, i popłynął do wyjścia. Pod sklepieniem
szarej kamiennej kolumny jego ciała potrzaskiwały niebieskie iskierki. Przed drzwiami zatrzymał się na sekundę i Keyowi
wydawało się, że Silikoid się uśmiecha. Ale to przecież niemożliwe.
- A kto mi wyjaśni, co to wszystko znaczy? - spytał retorycznie Key, patrząc na pokrywające ściany płaskorzeźby:
kwiaty, nagie dziewczęta, nadzy młodzieńcy.
- Ja.
Key odwrócił się. Za jego plecami, kilka metrów od dysku replikatora siedział człowiek. To już coś. Key nie był
rasistą, ale serdeczna rozmowa z Silikoidem nie mieściła mu się w głowie. A mężczyzna wydawał się przyjaźnie
nastawiony. Wyglądał na czterdzieści lat, miał wypielęgnowaną cerę i dość cherlawe ciało, czego nie ukrywał nawet szary
garnitur. Urzędnik aTanu?
- Dziękuję za nowe życie - powiedział Key, spuszczając nogi z dysku.
- Nie ma za co.
Słowa brzmiały normalnie, ale ton nie spodobał się Keyowi.
Wolał się na razie nie odzywać.
- To jakie ma pan pytania?
- Ja... - Key ugryzł się w język.
- Śmielej, śmielej... - Mężczyźnie ta rozmowa sprawiała wyraźną przyjemność. - Nie opłacił pan aTanu? Wiem o
tym.
- Mam pieniądze. Przedłużałem nieśmiertelność sześć razy i...
- To nieistotne. Zasady kompanii są proste: nieśmiertelność opłaca się z góry i tylko jednorazowo. Wie pan,
dlaczego?
Key pokręcił głową. Mężczyzna najwyraźniej należał do ludzi, którzy całymi godzinami mogą rozprawiać o
subtelnościach ceremonialnej kuchni Bullraty, przewagach interfazowego napędu statków czy taktycznych błędach
Mrszanu w Wielkiej Wojnie. Zazwyczaj takie rozważania są tyleż zajmujące, co prowadzone nie w porę.
- Gdy Psylończycy sprzedali ludziom, bardzo dalekowzrocznym ludziom, jak pan sam rozumie, urządzenie nazwane
później aTanem, postawili tylko jeden warunek, co może wydawać się dziwne, jeśli nie zna się ich psychologii. Zażądali,
by człowiek w ciągu całego życia mógł skorzystać z aTanu tylko raz. Rozumie pan, Key?
Życie jest dla nich najwyższą wartością, ale boją się nieśmiertelności. A co my zrobiliśmy?
Key wzruszył ramionami.
- Po podpisaniu kontraktu udowodniliśmy im, że ożywiony człowiek jest nową osobowością. Prawnie przejmuje
poprzednią, ale jednak jest kimś innym, i ma prawo znowu zawrzeć aTan. Dobrze mówię?
- Wspaniale. - Key starannie rozejrzał się po sali w poszukiwaniu ubrania i przygotował się na dłuższe czekanie.
Mężczyzna roześmiał się.
- W porządku, to była dygresja. O co chce pan zapytać?
- Gdzie jestem? Czy to Cailis?
- Nie, nie Cailis. Terra.
Jeśli spodziewał się zobaczyć na twarzy Keya zdumienie, nie zawiódł się. Key uznał, że nie warto skrywać emocji,
które pochlebiały ambicji silniejszego przeciwnika.
- Ale kompania aTan nie ma filii na Terrze...
- To nie filia. To prywatny aTan.
Key zaśmiał się sztucznie i rozłożył ręce.
- Doskonale. Ja tego nie słyszałem, pan nie mówił. Kompania ma ekskluzywne prawo na wyłączność, prywatni
ożywiciele nie istnieją...
- Mylisz się, Keyu Altos. To prawo dostała prywatna osoba.
I ta prywatna osoba założyła kompanię aTan.
- Wiem, kim pan jest - powiedział powoli Key. - Curtis van Curtis, właściciel kompanii aTan, najstarszy człowiek w
galaktyce Curtis skinął głową.
- Zuch z pana, Key. Zaraz przyniosą ubranie, i przejdziemy do mojego letniego gabinetu wypić kieliszek wina.
Miałeś dużo szczęścia. Dostałeś nie tylko życie, ale i wspaniałą pracę.
Rozdział 3
Na brzegu Jeziora Genewskiego, w selwie Amazonki, w pustkowiach Krajów Nadbałtyckich, w bagiennych
nizinach Chin, w syberyjskiej tajdze są prywatne posiadłości, strzeżone przez tęczowe mury pól siłowych oraz nazwę
kompanii aTan. Stanowią część majątku Curtisa, a połączone są w jedną całość tunelami hiperprzejść.
Z zewnątrz - załóżmy, że udałoby się wam zajrzeć za krawędź pola siłowego, zobaczycie tylko dziwne fragmenty
budynków z prowadzącymi donikąd balustradami i wyrastającymi z powietrza galeriami. Od wewnątrz obraz jest inny -
pałace, zrodzone przez szaloną fantazję i jeszcze bardziej szalone pieniądze. Wjeżdżając kolejką na zbocze Everestu,
możecie zjechać na nartach prosto w kryształowe wody Bajkału. Gdy popływacie w lodowatej wodzie syberyjskiego
jeziora, wzniesiecie się na rozpaloną słońcem plażę Kuby. A jeśli po spacerze zaproszą was w odwiedziny do gospodarza
posiadłości, to droga do domu - trzy stumetrowej wieży - zajmie wam tylko kilka minut.
Key stał na odsłoniętym tarasie wieńczącym budynek. Wiatr szarpał mu włosy, jakby zapraszał do zakosztowania
krótkiej radości swobodnego lotu. Ten „gabinet” na świeżym powietrzu z pewnością otaczało niewidoczne pole... Zresztą
czy Curtis, władający nieskończoną liczbą istnień, czy bałby się upadku ze swojej wieży? Na tę myśl Key cofnął się od
3 / 116
Siergiej Łukjanienko - Linia Marzeń
nieogrodzonej krawędzi. Curtis potrzebował go w jakimś celu, ale wartość Keya mogła spaść razem z nim. Dobry
pracownik nie powinien mieć zawrotów głowy.
- Smakuje panu wino, Key?
Key dotknął wargami kieliszka.
- Tak, Curtis. To rzadki gatunek... ale wolę błękitne gatunki mrszańskich win.
- Może ma pan rację. Ale żółte wina są znacznie zdrowsze dla organizmu, nie uszkadzają wątroby i przedłużają
życie.
Zabrzmiało to ironicznie, ale Key nie zareagował. Obracał w ręku stary kryształowy kielich, wart zapewne nie mniej
niż nieśmiertelność, i patrzył na Curtisa. Właściciel aTanu siedział przy zwykłym drewnianym stole z takim samym
kielichem w ręku. Fotel na tarasie był tylko jeden - albo rozmyślne niedbalstwo, albo nikt nie dostępował zaszczytu
siedzenia razem z Curtisem na szczycie jego imperium.
- Jak się panu podoba widok? - zainteresował się Curtis.
- Przyprawia o zawrót głowy - wymamrotał Key. - Wolę patrzeć w dal.
- Kalejdoskop, co? - zachichotał Curtis. - Rozumiem... pustynia, jeziora, oceany, lasy, stepy, a wszystko na jednym
skrawku ziemi.
Nie potrzebuję wiele, Key, nie pragnę Morza Czerwonego albo całych Himalajów, chociaż mógłbym je kupić. Po
trochu wszystkiego.
Umiar i różnorodność, oto gwarancja podtrzymania zainteresowania długim życiem. Jeszcze pan tego nie rozumie,
młodzieńcze. Ożywał pan tylko sześć razy, nie licząc dnia dzisiejszego. ATanu wystarczyło panu najwyżej na pięć lat. Co
za rozrzutność. Nawet przy pańskich kwalifikacjach i dochodach na długo tego nie starczy.
- Czego pan ode mnie chce, Curtis? - spytał ze znużeniem Key.
- Podarowane życie niewarte jest morałów. - Podszedł do Curtisa i usiadł na stole.
- Potrzebuję pana, by umarł pan za mnie. Na zawsze, bezpowrotnie. Albo uzyskał życie wieczne. Na los szczęścia.
Rozdział 4
Daleko od Ziemi, daleko od Cailisa, gdzie został pan zabity, Key... - Van Curtis stał na krawędzi tarasu, patrząc w
dół.
Tam był kawałeczek oceanu, ciemny pas lasu i wciśnięty pomiędzy nie skrawek nocy. - Planeta Graal.
- Nie słyszałem o niej.
- Nic dziwnego. Nowy, mało oswojony świat. Interesy wymagają mojej obecności tam.
Van Curtis nieoczekiwanie splunął w pustkę. Key stłumił uśmiech - nie pasowało to do właściciela aTanu.
- Dobrze, że się pan nie śmieje, Key. To, co pan usłyszał, jest ściśle tajne. A będę musiał opowiedzieć panu znacznie
więcej... i znacznie bardziej zaufać. Ryzykuję...
Odwrócił się do Keya i ścisnął go za ramię.
- Wie pan, co to znaczy być najpotężniejszym człowiekiem w całej galaktyce? Nienawidzą mnie miliardy. Ci, którzy
nie mogą pozwolić sobie na aTan, ci, którzy zrujnowali się, fundując go sobie, i ci, którym kością w gardle stoi luksus
mojej rezydencji... miliardy nienawidzących oczu, miliony nienawidzących rąk... Opłacam nie tylko ochronę przeciwko
potencjalnym zabójcom. Utrzymuję jeszcze cały pułk psychologicznej obrony przed nieżyczliwymi, którzy mogą, sami o
tym nie wiedząc, mieć zdolności nadprzyrodzone. Poza granicami tej rezydencji, poza granicami Terry nie zabiją mnie, o
nie... będą mnie męczyć latami, dopóki nie zwariuję i nie zacznę robić pod siebie. Żaden aTan mi nie pomoże. A jednak
gotów jestem zaryzykować...
- Potrzebuje pan ochroniarza? - nie wierząc własnym uszom spytał Key.
- To nie takie proste. Jeśli opuszczę to miejsce choćby na dobę, dowiedzą się o tym. Konkurencja, wrogowie... Setka
myszy może zagryźć kota, Key, a ja jestem bardzo tłustym i leniwym kotem. Będę musiał zaryzykować i powierzyć tę
sprawę synowi. A pan, Key Altos, zawodowy ochroniarz, będzie mu towarzyszył.
- Zgadzam się, jeśli moja zgoda coś tu znaczy - rzekł Key. Praca to praca. Nawet jeśli bardziej niebezpieczna niż
zazwyczaj.
Ale mógł pan mnie po prostu wynająć...
- Żeby wszyscy się o tym dowiedzieli? Każdy wchodzący w te mury staje się obiektem zainteresowania licznych
wpływowych kompanii i rządów. Wychodzący tym bardziej. Ale pan tu trafił... jakby to wyrazić... wirtualnie, i w taki sam
sposób pan wyjdzie.
- Jasne - Key zmusił się do uśmiechu. - Mam nadzieję, że bezboleśnie?
- W każdym razie nie tak boleśnie, jak po algopistolecie. Sądząc po raporcie policji Cailisa, właśnie w ten sposób
pana zabili?
Key milczał.
- Długo czekałem, Key, Miałem na oku ze stu ludzi. Doświadczeni piloci, ochroniarze, najemni zabójcy. Musiało się
tak zdarzyć, by ktoś z nich zginął, nie opłacając aTanu. Jak pan zapewne wie, neuronowa siatka zainstalowana pod pańską
czaszką działa bez względu na to, czy opłaci pan nowy aTan, czy nie. Zawsze spełnia swoje zadanie: wysyła w przestrzeń
dokładny raport o znikającym życiu. I tylko od kompanii zależy, czy wymaże ten sygnał z bloków pamięci, czy skopiuje w
nowiutkie ciało. Nie przedłużył pan nieśmiertelności i w regionalnym urzędzie kompanii sygnał został wymazany.
Wymazana została również matryca ciała. Ale ja, w swoim jedynym na całe Imperium Ludzi prywatnym punkcie
ożywiania, zadecydowałem inaczej: przywróciłem panu życie, mój pechowy młody przyjacielu. Oficjalnie już pana nie ma.
A jednak stoi pan przede mną.
- Dziękuję - powiedział szczerze Key.
- Na razie nie ma za co. Odpracuje pan każdy mięsień, który panu dałem, każdy gruczoł, nawet Kal w jelitach, który
trzeba było zrekonstruować do kompletu. Jeśli dostarczy pan mojego syna na Graal, to oprócz nowych dokumentów i
wysokiego rachunku w banku otrzyma pan główną nagrodę: nieśmiertelność, Key! Bez względu na to, ile razy pan zginie,
pański aTan opłaci kompania. Czy to uczciwa cena?
- W zupełności.
4 / 116
Siergiej Łukjanienko - Linia Marzeń
- Podoba mi się pańska lakoniczność, Key. Jestem stary... chociaż moje ciało ma dopiero pięćdziesiąt lat. Mam
prawo być gadatliwy. A pan jest młody i stanie się zdolny do wielu rzeczy, z wiekiem.
Tak, Key. Chciałbym wyposażyć pana w nowe ciało, ale doświadczenie pokazuje, że byłby pan w nim mało
efektywny. Trzeba będzie zaryzykować. Dzisiaj wieczorem wszystkie filie kompanii otrzymają matryce trojga ludzi: pana i
pani Ovald oraz ich syna.
- Wyruszymy we trójkę?
- Nie. W katastrofie zginie tylko pan i Artur. Jest pan wolnym kupcem, kręci się pan na pograniczu. Rozbił się wasz
statek... prawdopodobnie na skutek dywersji. Wszystko zostanie zainscenizowane, w budynku jest doskonały imitator.
Rozumie pan, przegląd pamięci klienta jest zabroniony, ale zawsze znajdzie się jakiś ciekawski spryciarz. Mam nadzieję, że
obejrzy najwyżej trzy ostatnie godziny przed waszą śmiercią.
- Pan oglądał moją pamięć?
- Key! - Van Curtis klasnął w ręce. - Może pan tego nie rozumie, ale jeśli się ustala reguły gry, trzeba ich
przestrzegać. Przegląd pamięci jest zabroniony! Jeśli szeregowy pracownik kompanii dowie się, że van Curtis narusza,
niechby nawet sporadycznie, ustanowione przez siebie prawa, moja reputacja i moje imperium zacznie trzeszczeć w
szwach. Poza tym jest mi obojętne, co za dziwka... a może był to złodziej?... zaskoczyła pana w momencie odprężenia.
Znam pańskie dossier. Cztery razy umierał pan, zasłaniając sobą klienta, z tego raz w absolutnie nierównej walce.
Raz zwalił się pan pijany do rzeki...
- Popchnęli mnie, Curtis.
- Wszystko jedno. Mam nadzieję, że cena zmusi pana do absolutnej koncentracji i tymczasowego zapomnienia o
drobnych przyjemnościach życia... w imię samego życia.
- Oczywiście, Curtis.
- No więc, ożywią was. Nie wiem gdzie, Key. Nie chcę wiedzieć... dla waszego bezpieczeństwa. Dwanaście szans
na sto, że jesteśmy śledzeni nawet tutaj...
Key spojrzał na bezchmurne niebo.
- Młodzieńcze, nad nami jest tyle ekranów, że różnica między piwnicą i dachem niemal nie istnieje. Więc ożyjecie.
Kupicie statek.
Wasz kredyt nie będzie nieograniczony, w przeciwnym razie wzbudziłoby to podejrzenia. Proszę mnie jednak nie
uważać za skąpca.
Wraz z ubywaniem pieniędzy na wasze konto będą wpływać nowe sumy. Kiedy przybędziecie na Graala, wysadzi
pan mojego syna w dowolnym bezpiecznym miejscu i może pan robić, co się panu podoba. A on zajmie się naszymi
rodzinnymi sprawami.
- Brzmi prosto, Curtis.
- Zwycięża tylko prostota, Key.
- W takim razie pomówmy o gwarancjach.
Van Curtis ściągnął brwi.
- Gdzie są gwarancje, że mój aTan będzie przedłużony? Gdzie gwarancja, że odetchnąwszy powietrzem waszego
drogocennego Graala, Curtis junior nie strzeli mi w kark? Gdzie jest gwarancja, że dziesięciu kilerów nie wyruszy, by
zlikwidować Keya Altosa, który wie zbyt wiele?
- Tak, tak, tak - van Curtis cmoknął i przez chwilę wyglądał jak starzec. Przeszedł się wzdłuż krawędzi tarasu:
- Jakże pan ryzykuje, Key...
- To mój zawód.
Curtis przyglądał się rozmówcy przez chwilę. Key, walcząc z pragnieniem odwrócenia wzroku, patrzył mu w twarz.
W końcu van Curtis zaśmiał się.
- Zawód, mówi pan? A mój zawód, prezesa galaktycznej korporacji, poznał pan z filmów? Wie pan, że ponad
dwieście lat temu, gdy moja firma była jedynie osobliwą nowinką, aTan wykupił mój największy wróg? I wkrótce zginął...
w niespodziewanym wypadku. Wtedy jeszcze klientów było niewielu, ciągle w to nie wierzono.
Poza tym na świecie po konflikcie tukajskim cena życia wydawała się bardzo wysoka. Osobiście nadzorowałem
procesy ożywiania. Mogłem... tak, mogłem...
Curtis zamilkł, patrząc gdzieś w przestrzeń.
- Byliśmy wrogami jeszcze wiele lat, Key. On nie zapominał o przedłużaniu aTanu. W końcu doprowadziłem go do
bankructwa.
Wtedy Schoolman zerwał kontrakt z firmą, wyleciał swoim jachtem i wziął kurs na najbliższą gwiazdę.
- Mógł to być gest podyktowany okolicznościami - powiedział bardzo miękko Key.
- Nie jest pan głupi. Gest? Oczywiście. Ale proszę sobie przypomnieć, czy wśród wszystkich kłamstw, którymi
jestem zalewany co godzina przez każdą sieć informacyjną, była mowa o niesolidności w interesach?
Key pokręcił głową.
- Ludzie pracują dla mnie nie tylko przez wzgląd na pieniądze czy życie. Pracują dla mnie z przekonania. Nie
zdradzam swoich.
- W porządku - Key poczuł się zmęczony tym sporem. W jaki sposób zagwarantuje pan sobie moją solidność?
- Solidność? Bardzo prosto. Za pomocą neuronowej siatki w pańskim mózgu. Jeśli mnie pan zdradzi, wcześniej czy
później, obojętne, gdzie by się pan ukrył, dopadnie pana śmierć. Ożyje pan, proszę mi wierzyć, w tym właśnie domu, a ja
zaangażuję najlepszych katów, jakich można kupić za pieniądze. Będą pana torturować bez końca. To będzie pańskie
prywatne piekło. Setki, tysiące lat tortur. Ból stanie się pańskim powietrzem, pożywieniem, snem. Będzie pan umierał i
rodził się dla jeszcze straszniejszej męki. Pozwolą panu odpocząć, by cierpienia zalały pana z nową siłą. Zwrócę się do
pisarzy zdolnych wymyślić nowe tortury i reżyserów, którzy potrafią przemienić je w spektakl. Wyciągnę z więzień
sadystów, a ze szpitali psychiatrycznych - amatorów ludzkiego mięsa. Zwrócę się o pomoc do innych ras, a oni przekopią
archiwa z czasów wojen z ludźmi. A od czasu do czasu przyprowadzą pana tutaj, do najspokojniejszego i najbardziej
przytulnego miejsce w tym domu, a ja panu przypomnę tę rozmowę.
Curtis van Curtis, pan życia i śmierci, stał przed Keyem Altosem z planety Altos, awanturnikiem i sierotą bez
własnego nazwiska, i przemawiał spokojnie i dobitnie. Gdy skończył, Key rozłożył ręce:
- Jest pan bardzo przekonujący, van Curtis. Jestem pański na wieki.
5 / 116
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • xiaodongxi.keep.pl